Czwarty kwartał 2007 roku poprzednia kampania wyborcza Rona Paula zamykała z wynikiem niemal 20 milionów dolarów, przy czym połowę tej sumy zebrano w ciągu zaledwie 48-godzin w wyniku wybuchu dwóch potężnych bomb pieniężnych ("moneybombs").

Obecna kampania dysponowała już pod koniec października br. 16 milionami $, a zatem mając w bliskiej perspektywie herbaciany piątek 16-go grudnia można spodziewać się nawet znacznego podwyższenia poprzeczki w stosunku do rezultatów finansowych poprzedniej kampanii.

Między obecną i poprzednią kampanią zachodzi jednak jeszcze parę innych różnic. W momencie zakańczania kampanii w czerwcu 2008 r. w kasie pozostawało całkiem sporo niewykorzystanych środków - cztery miliony dolarów. Pieniądze te Ron Paul przeznaczył później na ufundowanie nowej organizacji o nazwie "Kampania na rzecz Wolności".

Należy też wziąć i to pod uwagę, że Ron Paul musiał na pewien moment oderwać się od kampanii prezydenckiej by "wskoczyć" w kampanię wyborczą do Kongresu.

Tym razem, niezależnie od wyniku wyborów prezydenckich, nie zobaczymy już Rona Paula w roli kongresmena 13-tej kadencji, a zatem nie będzie on zaangażowany w proces reelekcji do Kongresu na początku przyszłego roku.

Ponadto obecnie pieniądze pochodzące z wpłat na kampanię rozchodzą się błyskawicznie i nie ma już mowy o oszczędzaniu "na potem" - zwłaszcza teraz, przed prawyborami w Iowa.

Widzimy zatem, że gra toczy się Va Bank, dlatego też dobry rezultat finansowy w nadchodzącym piątku jest czymś, czego nie tylko wyczekuje sztab Rona Paula, ale i wszyscy jego zwolennicy.

O ileż byłoby łatwiej obecnej kampanii, gdyby chociaż tak z jeden miliarder zechciał ją wesprzeć? Ci jednak, jak widać poniżej, omijają Rona Paula szerokim łukiem. Można by w tym miejscu zadać jakieś retoryczne pytanie, ale myślę, że sobie darujemy.

Liczba miliarderów, którzy wsparli finansowo kandydatów

(źródło: The Washington Post)